Stało się! „Zaklinacz psów” Cesar Millan już wkrótce pojawi
się w Polsce ze swoim SHOW.
Nie ukrywam, że nigdy nie darzyłam sympatią pana CM. Myślę
jednak, że wypada podejść do tematu na chłodno i wyjaśnić w czym rzecz.
Jak trafnie zauważył Łukasz Wacławski w swoim wpisie na tentemat – „ z reguły błądzi ten, kto przedstawione metody próbuje kopiować,
bez głębszego zrozumienia natury zwierzęcia, sposobów kształtowania zachowań, a
także specyfiki pracy z właścicielami”. Mało tego, zgadzam się również z
twierdzeniem, że „wyrabianie opinii w oparciu o telewizyjne show nie jest
najlepszą drogą do oceny człowieka i stosowanych przez niego metod”.
Rzeczywiście, pana Millana nie miałam okazji poznać, nie mogłam przyjrzeć się
jego codziennej pracy z psami. Nie mnie go oceniać. Tu jednak pojawia się małe,
lecz istotne „ALE”.
Podobnie jak każdy czytelnik może mieć swoje zdanie
dotyczące niniejszego wpisu (zupełnie wyrwanego z kontekstu mojej pracy), tak
każdy telewidz – w tym również „kolega po fachu” ma prawo wyrobić sobie opinię
na temat samego show. Jako psycholog, na co dzień pracujący z ludźmi – w tym głównie
właścicielami psów – nie mogę też przestać wyobrażać sobie ewentualnych
skutków, jakie program „Zaklinasz psów” pociąga za sobą. Nie raz zdarzało mi
się wraz z klientami naprawiać błędy, których narobili święcie wierząc w
obrazki pokazywane w telewizji.
Przejdźmy do meritum. Sam temat stosowania metod awersyjnych
nadaje się na osobny wpis (który niniejszym popełnię w następnej kolejności,
żeby nie rozwlekać tego tekstu). Osobowość CM ma taką, jaką ma – można go
lubić, albo nie, ale taki jest i podziw dla niego, że umie się sprzedać (i to
na jaką skalę!). Nie ma też co się obrażać
i wylewać dziecka z kąpielą, bo facet przemyca sporo dobrego (odsyłam do
poprzedniego wpisu), zwłaszcza w społeczeństwie amerykańskim, które zdaje się
zapominać, że PIES TO PIES. Kluczowy
problem tkwi, moim zdaniem, w specyfice przekazu medialnego (a może też trochę
w kulturze macho, która każe jasno zaznaczać, kto tu rządzi).
Mamy oto program,
który pokazując wyrywkowo fragmenty z psami, ogłasza światu kolejne cuda. Ot,
facet bierze psa, pies się rzuca, jest poza kontrolą etc., a za 15 minut
potulnie maszeruje przy nodze. Jakież to rodzi oczekiwania! Myśli sobie
przeciętny Kowalski – wezmę psa, założę mu dławik, szarpnę trzy razy, pies
odnajdzie „naturalny stan uległości i spokoju” i nasze życie będzie usłane
różami… Cóż, nie ma róży bez kolców.
Oglądamy jak zaklęci kolejne nawrócone psy i zapominamy, że
to tylko fragmenty wyrwane z kontekstu. Że nie da się psa „naprawić” za pomocą
czarodziejskiej różdżki. Że niemal cała praca z psem to praca na co dzień –
właściwe nawyki, rytuały, zaspokajanie psich potrzeb, budowanie relacji. Że
trening to tylko mały kawałek, służący wyjaśnieniu psu naszych oczekiwań,
nauczeniu go zwrotów, których używamy etc. Ba! Trening to pół biedy, tu mówimy
o terapii behawioralnej.
Temat presji, czy wręcz przemocy oraz tego, jak łatwo zacząć
nawykowo chodzić drogami na skróty, kiedy znajdzie się „magiczne narzędzie”
(nie ma znaczenia, czy będzie to obroża elektryczna, dławik, czy….kliker!),
zostawmy sobie na wpis o awersji. Tu chciałabym się skupić jedynie na (zupełnie
subiektywnej) liście zagrożeń, jakie program „Zaklinacz psów” niesie za sobą:
- bezmyślne naśladowanie technik (nawet nie metod) wyrwane z
kontekstu,
- zapominanie o tym, że każde zachowanie ma swoją przyczynę
(w organizmie lub środowisku),
- pomijanie specyficznych potrzeb konkretnego psa i
wchodzenie w schemat (np. pies robi coś źle, następuje szybka korekta i…..nic
poza tym),
- pomijanie znaczenia relacji z psem, w imię pracy nad
samymi zachowaniami (kojarzy mi się tu trochę dr House, który powtarzał, że
leczy choroby, a ludzie go nie interesują…)
- nieprawidłowe użycie pokazanych narzędzi,
- zapominanie, że pies to żywe, czujące stworzenie, a nie
tylko mechanizm do zaprogramowania (radykalny behawioryzm jest nieco…
archaiczny),
I wreszcie (last, but not least):
- nadmierne stosowanie
presji, korekt itp. (każdy dobry szkoleniowiec – również ten wykorzystujący
narzędzia awersyjne wie, że na każdą korektę musi przypadać masa pozytywnych
doświadczeń, a każda kara/korekta musi być dla psa przewidywalna i łączyć się z
nauką zachowań alternatywnych),
- bezpośrednie
zagrożenie zdrowia (psa i właściciela) związane z próbami siłowego
pacyfikowania psa przez osoby niedoświadczone.
Mówiąc krótko – myślcie oglądając, znajdźcie specjalistę (na
żywo, nie w telewizorze) kiedy macie problem i nie róbcie tego w domu (jak zresztą, przynajmniej w pierwszych
sezonach informował komunikat na końcu programu!).
PS. A wiecie czego tak naprawdę nie lubię najbardziej w tych
programach? Przyznaję, nie jestem na bieżąco z nowymi sezonami, ale prawdziwe
zgrzytanie zębów i podwyższone ciśnienie zawsze wywoływało we mnie prowokowanie psów do ujawnienia
zachowań agresywnych (nieraz doprowadzanie psów do ostateczności). Myślę, że to
jest właśnie główny problem SHOW – musi być
spektakularnie. A szybko i spektakularnie to jeszcze nie musi być dobrze.
Oczywiście nie pochwalam mydlenia oczu ludziom metodami nieskutecznymi i
przetrzymywania ich latami na kursach, szkoleniach i kolejnych konsultacjach,
ale to chyba również osobny temat…